Magia wyrzucania



Magia wyrzucania

Książka Marie Konodo ma zdecydowanie nietrafiony tytuł. O sprzątaniu jest w niej bardzo niewiele, natomiast o wyrzucaniu...   o, to już inna historia. Gdyby ktoś poprosił mnie o streszczenie książki w jednym zdaniu brzmiałoby ono "Wyrzuć wszystko, co niepotrzebne, a potem jeszcze połowę tego, co uważasz za przydatne".

Metoda Konmari zaprezentowana w Magii sprzątania nie jest niczym odkrywczym. Nawet dla mnie, osoby niezorganizowanej sprzątaniowo, wydaje się logiczne i naturalne, że im mniej ma się rzeczy tym łatwiej jest nad nimi zapanować. Czy potrafiłabym o tym napisać całą książkę? Raczej nie. I w tym rozciągnięciu tematu Marie Konodo jest mistrzynią. Początkowo, jako że był to pierwszy poradnik, jaki przeczytałam, wczytywałam się w każde zdanie zachłannie i oczekując pojawienia się tej obiecywanej prawdy objawionej, która odmieni moje życie. Nic takiego nie nastąpiło, natomiast z każdą przeczytaną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nie wpuściłabym autorki książki do domu nawet za dopłatą.

Granica między byciem uporządkowanym a chorobą psychiczną wcale nie jest taka cienka i dość wyraźnie widać, kiedy ktoś ja przekroczył. Dla Marie Konodo było za późno prawdopodobnie jeszcze w szkole, kiedy niezadowolona z niewystarczającego jej zdaniem porządku w domu rodzinnym zaczęła wyrzucać rzeczy domowników, które uważała za zbędne i kłamać na ten temat. Jest też oczywiście obecny w niemal każdej recenzji książki fragment o tym, dlaczego nie powinniśmy zwijać skarpetek. Dla osób, które po raz pierwszy spotykają się z ta koncepcją biegnę z wyjaśnieniem - skarpetki w szafie są na wakacjach i krzywdzimy je, kiedy zamiast złożyć zwijamy biedactwa. Nie sposób tez pominąć bardzo obcej nam kulturowo idei witania się z domem, dziękowania przedmiotom za ich użyteczność i głaskania ubrań, żeby poczuły się lepiej.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o absolutnie barbarzyńskim rozdziale na temat książek. Wyrzucanie książek jest dla mnie zupełnie niepojęte. Dom bez książek jest pusty, smutny i wrogi. Idea posiadania maksymalnie trzydziestu książek i to najlepiej schowanych w szafie, żeby nie tworzyły bałaganu mnie po prostu mierzi.

Dość specyficzna jest też metoda, według której zdaniem Marie Konodo powinniśmy wybierać, które rzeczy powinny w domu zostać, a które należy wyrzucić. Należy przedmiotu dotknąć i zastanowić się czy budzi w nas ciepłe uczucia. O ile nie uważam tego za w pełni trafioną metodę (pędzelek do oleju budzi we mnie bardzo nikłe uczucia a jednak wolałabym się z nim nie rozstawać) to w wielu przypadkach naprawdę skutkuje. Przynajmniej dla tak sentymentalnej osoby, jak ja. Jestem kilka miesięcy po przeprowadzce i zasadniczo powinnam mieć już zrobiona selekcję ubrań. Tydzień temu, kiedy zdecydowałam się wypróbować pierwszą poradę z poradnika okazało się jednak, że dalej mam masę zbędnych ubrań! W rezultacie jeden worek na śmieci idzie dla potrzebujących, a drugi prosto na śmietnik, bo tych ubrań naprawdę nikt nie powinien już nosić.

Skąd w mojej szafie wzięło się tyle rzeczy, które są zbędne? Pewnie pomyślicie, że jestem wielką fanką wyprzedaży i co tydzień wracam do domu z torbą nowych ubrań. Na szczęście nie. Zakupy ubraniowe nie sprawiają mi żadnej przyjemności, w większości strasznie się na nich męczę i lubię mieć je szybko za sobą. Moja mama i babcia mają do tego zupełnie inne podejście.

Mama, samej hołdując zasadzie minimalizmu, nie ma najmniejszych problemów z podarowywaniem mi przy każdej możliwej okazji bluzeczek i sweterków, niezależnie od tego czy mi się to podoba czy nie. Doszło już nawet do tego, że dostałam od niej tyle torebek, że pierwszą sama dla siebie kupiłam w wieku dwudziestu siedmiu lat. Pewnie myślicie, że marudzę, bo przecież od nadmiaru głowa nie boli a to, że dostawałam torebkę w prezencie nie przeszkadzało mi w kupieniu sobie nowej. Niestety przeszkadzało. Jestem typem człowieka, który jak już coś ma to czeka aż się zniszczy zanim kupi coś nowego. I w ten sposób pierwsza torebka, którą lubię i która mi się podoba wylądowała w mojej szafie po dwudziestu siedmiu latach mojego życia.

Babcia z kolei robi na drutach/szydełku i czym tam jeszcze można. W swoją pracę wkłada dużo czasu, poświęcenia i wcale nie mało pieniędzy. Niektóre z jej swetrów są naprawdę wspaniałe i szczerze lubię w nich chodzić. Jasne jest jednak, że nie wszystko mi się podoba. Narzutka na ramiona w wyjątkowo nietwarzowym, rdzawym kolorze, wydziergany na drutach komplet spódnicy i zapinanego sweterka (obydwa piekielnie gryzące) są rzeczami, które przyjąć muszę (odmowa naprawdę nie wchodzi w grę) a potem i tak ich nie noszę. Wyrzucić też ich szkoda, więc zajmują miejsce w szafie.

Stosując się do metody Konmari byłam w stanie ocenić, jakie emocje budzą we mnie dane ubrania, odciąć się od sentymentów i spakować je do worka. Włóczkowe rzeczy spakowałam osobno i odwiozę je do babci, żeby mogła je spruć albo podarować komuś innemu. Są mimo wszystko naprawdę porządną ręczną robotą i gdybym ot tak je oddała marudzeniu nie byłoby końca.
Po zrobieniu porządków z ubraniami przyszła kolej na dalsze szpargały (z pominięciem książek - nie ma szans, żebym jakąkolwiek wyrzuciła). W drogę niestety weszła mi paskudna angina, która przykuła mnie do łóżka na tydzień, więc nie mogłam, tak jak zaleca to Marie Konodo, zrobić całych porządków od razu. Na pewno zamierzam jednak powyrzucać jeszcze masę rzeczy i zrobić to raczej za jednym lub dwoma posiedzeniami niż po jednej rzeczy dziennie.


Komu i czy w ogóle poleciłabym Magię sprzątania? Z pewnością są osoby, które mogą coś dzięki niej zyskać. Ja, jako rasowy, sentymentalny chomik znajduję w powtarzanym niemal na każdej stronie zdaniu "nie potrzebujesz tylu rzeczy, nie miej wyrzutów sumienia, pozbądź się tego, czego nie lubisz" wsparcie i motywację. Natomiast osoby, które już żyją według filozofii minimalizmu albo w ogóle nie mają problemu z samym zorganizowaniem rozmieszczenia rzeczy w domu nie znajdą w książce nic ciekawego. Marie Konodo jest pisarką bez polotu i ma wyraźne problemy psychiczne. Jedyne pocieszenie w tym, że zarabia na tym całkiem dobrze i najwyraźniej jest szczęśliwa. Więc kim ja jestem, żeby oceniać? 


Komentarze