Lubię porządek, ale nienawidzę sprzątać
Lubię porządek, ale nienawidzę sprzątać.
Nie sądzę, żebym była w tym osamotniona. Zakładam wręcz, że
na świecie, a nawet w Polsce jest wiele osób takich, jak ja.
Kłamałabym gdybym powiedziała, że nie mam czasu na
sprzątanie. Jestem pracującą w korporacji bezdzietną mężatką przed
trzydziestką. Nie oszukujmy się - te pół godziny dziennie pewnie potrafiłabym
wygospodarować, a zdaniem różnych poradników jest to czas w zupełności
wystarczający, żeby utrzymać swoje cztery kąty w porządku. Więc dlaczego jestem
ciągle otoczona chaosem?
Moim pierwszym problemem jest z pewnością fakt, że jestem
zbieraczką. Może nie chorobliwą, nie trzeba się jeszcze przedzierać przez moje
mieszkanie z miotaczem ognia, ale wyrzucanie rzeczy przychodzi mi z wielkim
trudem. Jestem sentymentalna, wszystko ma dla mnie wartość emocjonalną, a jeśli
nawet nie ma, to na pewno się przyda.
Drugi problem to mój chaotyczny sposób bycia. Rzeczy, które
trafiają do moich rąk raczej rzadko lądują ponownie na swoim miejscu (nawet,
jeśli wyjątkowo je mają).
Tu przechodzimy do trzeciego problemu, który nie do końca jest
zależny ode mnie - w nowym mieszkaniu wciąż brakuje mi pewnych podstawowych
mebli. Zdecydowaliśmy nie zadłużać się nadmiernie na rzeczy, które możemy kupić
stopniowo. Jesteśmy też przeciwnikami kupowania czegoś taniego i tymczasowego,
bo robiąc zakupy w ten sposób zostaje się z masą mebli, które jeszcze się do
czegoś nadają, więc szkoda je wyrzucić, ale tak naprawdę nam się nie podobają.
Czwartym problemem są
moje przyzwyczajenia. Moja mama jest ideałem porządku i z powodzeniem wciela w
życie zasady minimalizmu. W domu nie byłam księżniczką, która nie ruszyła
palcem, ale też z całą pewnością nie garnęłam się do porządków. Nigdy nie
zaadoptowałam filozofii mamy ani nie potrafiłam zrozumieć dążenia do tak
idealnego porządku. W pewnych momentach mnie to nawet przerażało. Dużo swobodniej
czułam się w swoim lekkim chaosie.
Trudności zaczęły się, kiedy chaos rozprzestrzenił się poza dziecięcy
pokój i osiadł spokojnie w moim mieszkaniu i dorosłym życiu.
Dzięki pomocy zmywarki, pralki i suszarki bębnowej mojego
mieszkania nie zalewa fala brudnych talerzy i ubrań. Odkąd w sypialni mam dużą
szafę wnękową kwestia ubrań w ogóle nie jest szczególnie kłopotliwa. Jest to
jedna z niewielu rzeczy, nad którymi (jak mi się przynajmniej do niedawna
wydawało) panuję. Gorzej z tymi wszystkimi drobiazgami, które rozpełzają się po
domu, starą walizką, która przez prawie miesiąc czekała koło drzwi, żeby ktoś
ją po prostu wyrzucił i kosmetykami, które jakimś cudem nigdy nie trafiają do
swoich pudełeczek, kiedy już je użyję. Najprostszą radą prawdopodobnie byłoby -
sprzątaj i odkładaj rzeczy na miejsce. Będąc osobą leniwą i szukającą
najprostszego rozwiązania dla wszystkich nielubianych czynności chciałabym
jednak poznać te tajemne sztuczki i ułatwienia, którymi zawodowe panie domu z
taką łatwością żonglują czyniąc swoje mieszkania czystymi i uporządkowanymi.
Stąd w mojej ręce pojawił się pierwszy poradnik dotyczący sprzątania.
Padło na "Magię sprzątania" Marie Kondo
przedstawiającą autorską metodę Konomari. W skrócie - książka mi się nie
podobała, ale była przydatna. Po szczegółową recenzję zapraszam do kolejnego
posta.

Komentarze
Prześlij komentarz